17 listopada 2013

Kiedy prawo popytu nie działa?

Prawo popytu głosi, że wraz ze wzrostem ceny - przy innych czynnikach niezmienionych - spada wielkość zapotrzebowania. W prostych słowach: cena idzie w górę - kupujemy mniej. W podręcznikach do ekonomii spotyka się dwa rodzaje wyjątków od tej zależności.

Pierwszy z nich to tzw. efekt Veblena, który dotyczy niektórych dóbr luksusowych. Jego nazwa pochodzi od nazwiska wybitnego ekonomisty i socjologa Thorsteina Veblena, który w książce Teoria klasy próżniaczej postawił tezę, zgodnie z którą ludzie kupują dobra materialne nie tylko po to, aby z nich korzystać, ale również po to, aby poprzez ich posiadanie czy konsumowanie publicznie demonstrować swój status materialny albo zdobywać prestiż społeczny. W takich przypadkach spadek ceny danego dobra będzie skutkował zmniejszeniem wielkości zapotrzebowania na nie. Analogicznie, droższe dobro może być odbierane jako bardziej ekskluzywne i dające wyższy prestiż.

Czy krzywa popytu może wyglądać właśnie tak?

Drugim przypadkiem są dobra Giffena. Wielkość zapotrzebowania może rosnąć przy wzroście ceny, ponieważ dochody konsumentów tego dobra są bardzo niskie a jego cena - choć wyższa niż wcześniej - wciąż jest niższa od substytutów lub takich bliskich substytutów nie ma. Nazwa tych dóbr pochodzi od nazwiska brytyjskiego ekonomisty Roberta Giffena, choć nie ma dowodów na to, że faktycznie on opisał tę sytuację. Jednak Alfred Marshall w swoich Zasadach ekonomii powołał się na niego przy opisie sytuacji, w której wzrost ceny chleba skutkował wzrostem jego konsumpcji. Ponieważ nie było bliskich zamienników chleba i był on podstawowym produktem żywnościowym, to ludzie o niskich dochodach nie mogli kupować go mniej. Wskutek tego wydatki na chleb stanowiły większą część budżetu konsumentów, a więc brakowało pieniędzy na inne produkty, które teraz trzeba było czymś zastąpić. A że chleb pomimo wzrostów cen wciąż był relatywnie tani, to zastępowano te inne produkty właśnie chlebem. Efekt był taki, że wielkość zapotrzebowania na chleb rosła. Badania przeprowadzone kilka lat temu przez Jensena i Millera wskazały na to, że wśród ubogich Chińczyków ryż i makaron (odpowiednio na południu i na północy Chin) cechują się właśnie taką zależnością.

Jeszcze innego rodzaju przykład, w którym prawo popytu nie zadziałało, można odnaleźć we współczesnych Stanach Zjednoczonych. Od początku prezydentury Obamy rosła sprzedaż broni i amunicji (zapewne ze względu na gromadzenie zapasów przed spodziewanymi ograniczeniami w zakupie takich produktów). Ten stan dodatkowo wzmocniły tragiczne wydarzenia jak strzelaniny w szkole w Newton czy w kinie w Aurorze. Doprowadziło to długotrwałych niedoborów amunicji w sklepach. Gdyby ta sytuacja była jedynie opisem zadania w na zajęciach z podstaw ekonomii, to spodziewanym rozwiązaniem byłby po prostu wzrost cen amunicji. W rzeczywistości to jednak nie nastąpiło. Tylko niektóre sklepy zdecydowały się na podniesienie cen, w większości jednak pomimo pustych półek ceny pozostały na tym samym poziomie. Dlaczego? Jak powiedział jeden ze sprzedawców broni: "chcieliśmy pozostać fair wobec naszych klientów".

Tradycyjna analiza ekonomiczna nie bierze pod uwagę przyczyn wzrostu ceny, natomiast przedstawiciele ekonomii behawioralnej uważają, że jest to ważny czynnik determinujący reakcję na wzrost ceny. Pewne przyczyny (jak np. wzrost podatków lub kosztów prowadzenia działalności gospodarczej) zostaną przez konsumentów zaakceptowane, jednak inne - w tym nagły wzrost popytu - już nie. Klienci po prostu mniej przyjaźnie widzą to, gdy ktoś wzbogaca się na takich zdarzeniach, jak przywołane wyżej tragedie. W przypadku amunicji wielu klientów wraca do tego samego punktu, więc dla właścicieli sklepów podnoszenie ceny, nawet jeśli w krótkim okresie opłacalne, mogłoby okazać się gorszą strategią na przyszłość. Co ciekawe ceny rosły w sklepach internetowych - a więc tam gdzie lojalność nie ma tak dużego znaczenia.

14 października 2013

Czy potrzebujemy kosmicznego podatku?

We wchodzącym aktualnie na ekrany kin filmie Grawitacja początkowo rutynowa misja pary astronautów zmienia się w walkę o życie, po tym jak szczątki innej satelity niszczą ich stację. Wprawdzie eksperci podkreślają, że scenariusz tego filmu nie jest w pełni realistyczny, ale raport Limiting Future Collision Risk to Spacecraft opublikowany już w 2011 przez amerykańską National Research Council ostrzega przed tym, że ilość kosmicznych śmieci przekracza punkt krytyczny i może powodować poważne uszkodzenia statków czy ważnych satelitów. Raport wzywa do wprowadzenia międzynarodowych regulacji ograniczających ilość odpadków w kosmosie oraz do finansowania badań dotyczących metod ich "sprzątania".

Cały problem można opisać jako klasyczny przypadek tragedii wspólnych zasobów (czasem określane jako "tragedia wspólnego pastwiska", ang. tragedy of commons). Kosmiczne śmieci to resztki zużytych rakiet, satelitów, pozostałości po różnych kolizjach i eksplozjach. Powodują one negatywny efekt zewnętrzny - im więcej odpadków w kosmosie, tym większy koszt wysłania kolejnego, ponieważ wzrasta ryzyko jego uszkodzenia. Sugeruje to konieczność wprowadzenie jakiegoś rodzaju restrykcji dotyczących umieszczania kolejnych obiektów na orbicie, zarówno w przypadku o misji finansowanych przez rządy poszczególnych krajów, jak i przedsięwzięć komercyjnych.

Niektórzy ekonomiści proponują wprowadzenie specjalnego podatku, którym obciążone byłoby wystrzeliwanie obiektów na orbitę. Z jednej strony zwiększyłby koszty podejmowania takiego działania (przesunięcie krzywej podaży w lewo), a z drugiej umożliwiłby zgromadzenie środków na usuwanie zanieczyszczenia z orbity (czyli mniejsze negatywne efekty zewnętrzne - mniejsza różnica między publicznymi a prywatnymi korzyściami).

Trzeba jednak pamiętać, że również prywatne, komercyjne przedsięwzięcia mają w sobie pewne cechy dobra publicznego (prowadzone w tym celu badania przyczyniają się do postępu technicznego, satelity umożliwiają korzystanie przez nas z nawigacji GPS itp.). Tak więc zasadność i wysokość tego ewentualnego podatku zależy od wzajemnej relacji między prywatnymi i publicznymi korzyściami a prywatnymi i publicznymi kosztami wynikającymi z takiej działalności. Inną sprawą jest to, że przy obecnym porządku geopolitycznym wprowadzenie wspólnego podatku jest raczej niemożliwe.

Rysunek przedstawia powyższe rozumowanie w uproszczonej formie. Gdyby uwzględnić korzyści i koszty publiczne optimum rynkowe (najkorzystniejsza alokacja zasobów) znalazłoby się w punkcie B, a nie w punkcie A. Jeśli koszty zewnętrzne rzeczywiście przewyższają korzyści, to wprowadzenie podatku będzie uzasadnione. Takie podatki, które mają na celu skompensowanie skutków negatywnego efektu zewnętrznego określane są mianem podatków Pigou.

Koszty (korzyści) prywatne - ponoszone (uzyskiwane) przez podmiot podejmujący dane działania
Koszty (korzyści) publiczne - ponoszone (uzyskiwane) przez całą społeczność

Źródło:
http://qz.com/132545/the-world-needs-a-rocket-tax-to-solve-the-gravity-space-junk-problem/

29 sierpnia 2013

Najbardziej wpływowe blogi ekonomiczne

Zdaniem amerykańskiego ekonomisty Tylera Cowena regularne śledzenie ekonomicznych blogów jest jednym z najlepszych sposobów na zdobywanie wiedzy ekonomicznej. Onalytica Indexes opublikowała niedawno uaktualniony ranking najbardziej wpływowych blogów ekonomicznych (mierzonych oddziaływaniem na ekonomiczną blogosferę oraz popularnością). Na pierwszym miejscu w tym zestawieniu znalazł się blog noblisty Paula Krugmana. Kolejne miejsca to Economix, FT Alphaville, Vox oraz Marginal Revolution.

Z blogów, które znalazły się nieco niżej w zestawieniu szczególnie warte uwagi są - moim zdaniem - EconLog, blog Grega Mankiw, Freakonomics Blog oraz Economic Logic. Początkowo najlepiej ograniczyć się do 2-3 blogów (np. Marginal Revolution, EconLog i Freakonomics) i ewentualnie stopniowo dodawać kolejne. Jako narzędzie do bycia na bieżąco z artykułami polecam Feedly.

Pełne zestawienie znajduje się pod tym adresem.

5 lipca 2013

Przyczyny nierówności dochodowych w USA - polityka czy technologia?

Fragment artykułu z "Wyborczej" o rosnących nierównościach dochodowych w Stanach Zjednoczonych:
Główna teza artykułu Bivensa i Mishela brzmi, że dynamiczny wzrost dochodów najbogatszych Amerykanów nie jest pochodną ich ciężkiej i wyjątkowej pracy, ale faktu, że przez minionych 30 lat w Stanach zmieniono obowiązujące i stworzono nowe renty ekonomiczne. Brzmi strasznie? Bez obaw. Można powiedzieć to jaśniej.
Renta ekonomiczna to, upraszczając, nadwyżka ceny ponad koszty produkcji - powiedzmy zysk. Produkcji szeroko tu rozumianej, może nią być produkcja gwoździ, a może być też to "produkcja" usług finansowych, piosenek lub wierszy. Od tego, jak duża jest ta renta, zależy, ile kto zarabia. I np. jest bardzo wysoka w przypadku usług prawniczych i medycznych w USA, a niska już w przypadku usług budowlanych czy związanych ze sprzątaniem.
I Amerykanie, co twierdzą ekonomiści z Economic Policy Institute w Waszyngtonie, zmodyfikowali decyzjami politycznymi cały system rent ekonomicznych. Zaczęli wynagradzać bardzo wysoko niektóre usługi - np. finansowe, związane z niektórymi formami rozrywki i sportu oraz pracę szefów spółek giełdowych. Dochody prezesów, maklerów, analityków i gwiazd muzyki pop poszybowały więc do góry, a reszta społeczeństwa nadal musiała się zadowalać niskimi rentami.
Problem jest jednak bardziej skomplikowany, ponieważ owe renty nie rosną tylko i wyłącznie z powodu "decyzji politycznych", ale również z powodu zmian technologicznych i globalizacji. W maksymalnym skrócie - dziś o wiele łatwiej można "skalować" talent, umiejętności czy zasoby, co dobrze widać, po tym ile zarabiają gwiazdy sportu czy przemysłu rozrywkowego. Z tych samych powodów konkurencja dla "przeciętnego pracownika" jest większa (jeśli nie chce pracować w fabryce za 10$ za godzinę, to zrobi to ktoś inny, w innym miejscu świata). Decyzje polityczne mogą oczywiście osłabiać lub wzmacniać oddziaływania zmian technologicznych/globalizacyjnych. Niemniej artykuł z GW warty przeczytania w całości.

Tuca Vieira, Sao Paulo
Jedna z najsłynniejszych ilustracji współczesnych nierówności dochodowych - zdjęcie T.Vieiry przedstawiające sąsiadujące ze sobą "światy" w Sao Paulo

25 czerwca 2013

60 sekund z ekonomią: Teoria racjonalnego wyboru

Teoria racjonalnego wyboru to jedna z podstawowych zasad mikroekonomii głównego nurtu. Zakłada ona, że ludzie są racjonalni, a więc:

  • "chcą raczej więcej niż mniej", 
  • mają pełną informację, 
  • są w stanie ocenić wszystkie możliwe warianty wyboru w odniesieniu do kosztów i korzyści 
  • oraz dokonać wyboru, który w największym stopniu odzwierciedla ich preferencje.

Ta teoria krytykowana jest przez alternatywne nurty ekonomii (takie jak ekonomia behawioralna), które w swoich badaniach pokazują ograniczenia zdolności poznawczych człowieka czy koszty procesu decyzyjnego.

31 maja 2013

60 sekund z ekonomią: Model niemożliwej trójcy

Model niemożliwej trójcy (czasami "nieosiągalnej triady") został został opracowany w latach 60. ub. wieku przez Marcusa Fleminga i Roberta Mundella. Pokazuje on, że nie jest możliwe, aby rząd mógł kontrolował wszystkie z wymienionych poniżej trzech narzędzi:
  • sztywny kurs walutowy,
  • swobodny przepływ kapitału,
  • niezależną politykę pieniężną.
Na przykład, prowadząc - jak większość współczesnych krajów - na niezależną politykę pieniężną oraz pozwalając na swobodny przepływ kapitału, trzeba zrezygnować ze sztywnego kursu walutowego (b). Kurs walutowy kształtuje się wtedy na rynku.
W innym wariancie możemy utrzymywać sztywny kurs walutowy wobec np. euro i swobodę przepływu kapitału, ale wtedy nie ma możliwości prowadzenia autonomicznej polityki pieniężnej (a). Stopy procentowe będą wtedy pochodnymi stóp w strefie euro.
Wreszcie, utrzymując sztywny kurs walutowy i prowadząc niezależną politykę pieniężną, państwo musi zachować kontrolę nad przepływem kapitału.

16 maja 2013

Żarty ekonomiczne


A właściwie "żarty z ekonomistów".

1. 
Ekonomista (neoklasyczny ekonomista) i przedsiębiorca spacerują wspólnie. W pewnym momencie przedsiębiorca dostrzega 100-dolarowy banknot. Chcąc być w porządku mówi do ekonomisty: "Słuchaj, szliśmy razem - podzielmy się tym banknotem, przecież obydwaj go widzieliśmy". Ekonomista odpowiada na to: "Nie. W stanie równowagi nie ma takiej możliwości, żeby tu leżał 100-dolarowy banknot, ponieważ ktoś już by go podniósł. Także, dzięki ale nie. Przedsiębiorca kręci głową z niedowierzaniem, podnosi banknot i zgarnia dla siebie całą setkę.

2.
Skraj wsi. Na łące pasie się ogromne stado owiec. Do pilnującego ich pasterza podchodzi mężczyzna i mówi: "Założę się, że zgadnę dokładną liczbę owiec w tym stadzie. Jeśli wygram wezmę jedną z twoich owiec. Jeśli przegram dam ci 100 dolarów". Pasterz zastanawia się przez chwilę, ale ponieważ jest to naprawdę duże stado, to pewny siebie przyjmuje zakład. "973", mówi mężczyzna. Pasterz patrzy na niego zdumiony i mówi "To jest... prawidłowa odpowiedź, jestem człowiekiem słowa, więc możesz zabrać zwierzę". Mężczyzna bierze jedno z nich i zaczyna odchodzić.
"Czekaj!", woła za nim pasterz, "daj mi szansę żeby się odegrać - podwajam stawkę, tym razem, to ja zgadnę twój dokładny zawód i miejsce pracy. Mężczyzna zgadza się. Pasterz rzuca: "Jesteś ekonomistą na rządowej posadzie. "Niesamowite, masz całkowitą rację. Powiedz mi jak to wywnioskowałeś."
"W porządku", odpowiada pasterz, "odłóż mojego psa a powiem ci".



3. 
Ekonomiści przewidzieli 9 z 5 ostatnich recesji.

Powiązane:
Źródła: