Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #Mikroekonomia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #Mikroekonomia. Pokaż wszystkie posty

30 grudnia 2015

Outlety - tanio, ale czy zawsze opłacalnie?

Robiąc zakupy w sklepach outletowych często trafiamy na okazje, dzięki którym możemy kupić produkt za małą część jego pierwotnej ceny. Co sprawia, że w sklepach outletowych jest tak tanio?

1. Resztki towaru i wadliwe produkty

Początkowo outlety sprzedawały resztki towaru, często uszkodzonego, pracownikom fabryki, w której te dobra były wytwarzane. Z czasem otworzono również outlety dla wszystkich zainteresowanych. Można było wtedy rzeczywiście kupić towar po okazyjnej cenie, często poniżej kosztów jego produkcji. Było to korzystne również dla producenta, ponieważ jeśli nie sprzedałby tego towaru po obniżonej cenie, to musiałby go zniszczyć i nie zarobiłby na nim w ogóle.

Źródło obrazka: Thomas Hawk, flickr.com

2. Specjalne marki

Współcześnie część oferty outletów można zaliczyć do poprzedniej kategorii, choć prawda jest taka, że wiele produktów wcale nie było przeznaczone do normalnej sprzedaży detalicznej. Raport z amerykańskiego Kongresu wskazuje, że nawet 85% tamtejszej oferty outletów, to produkty specjalnie wyprodukowane do sprzedaży w outletach. Niektórzy producenci wykorzystują fakt, że ich marki są znane, lubiane i preferowane przez konsumentów i oferują pod tą samą lub podobną nazwą “produkty outletowe”. Niestety takie towary są często gorsze jakościowo np. przez wykorzystanie tańszych materiałów. Czasami są zaprojektowane przez innych (tańszych) projektantów. Bywa nawet, że nie mają za wiele wspólnego z marką, pod którą są sprzedawane - ich producenci płacą jedynie za licencję na wykorzystanie nazwy. Klienci natomiast zwabieni promocjami wydają więcej, niż byliby skłonni wydać na taki sam produkt w niemarkowym sklepie, bez 50% upustu. Sam produkt natomiast nigdy nie był przeznaczony do sprzedaży po cenie, jaką jako oryginalną cenę na metce.
Źródło obrazka: vox.com

3. Różnicowanie ceny

Różnica między ceną detaliczną produktu a kosztem jego wytworzenia i dystrybucji bywa na tyle wysoka, że zysk osiąga się nie tylko przy normalnej cenie, ale również i po obniżonej cenie. W ten sposób sprzedawcy korzystają z różnicowania cen. Cena, przy której konsumenci są skłonni nabyć produkt jest różna - część klientów jest skłonna zapłacić wyższą cenę za najnowszy, “markowy” produkt, inni natomiast kupią produkt tylko za niską cenę. Oferując produkt tylko po wyższej cenie, sprzedawcy nie zarobiliby na drugiej grupie. Sprzedając produkt po niskiej cenie, zrezygnowaliby z premii, którą uzyskują na pierwszej grupie. Dodatkowo przy większym wolumenie produkcji można osiągnąć efekty skali.

4. Mniej rozbudowana sieć dystrybucji

Sklepy outletowe umieszczone są najczęściej w mniej dogodnych dla klientów lokalizacjach. Oznacza to mniejsze koszty dla sprzedawców, dzięki niższym czynszom za wynajem powierzchni i mniejszej liczbie punktów. To nie “produkt” szuka klienta, a odwrotnie. W ten sposób to my, jako klienci, ponosimy większe koszty.


Praktyczna rada
Powyższe powody nie sprawiają, że lepszym rozwiązaniem będzie zaniechanie zakupów w outletach, warto jednak wiedzieć za co płacimy i pamiętać o złotej zasadzie, żeby nie kupować czegoś tylko z tego powodu, że jest to tanie.

25 lutego 2015

Chcesz więcej oszczędzać? Jest do tego aplikacja

Wg statystyk Rezerwy Federalnej (amerykański bank centralny) 60% Amerykanów w wieku od 18 do 40 lat nie zaoszczędziło nic w 2013 roku. Podobnie jest w Polsce. Wg badań fundacji Kronenberga regularnie oszczędza jedynie 12% Polaków, choć aż trzy czwarte twierdzi, że warto to robić. Kolejnych 37% oszczędza od czasu do czasu. Z badania przeprowadzonego przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce wraz z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH wynika, że 60% Polaków nie ma żadnych oszczędności.

Dlaczego tak jest? Oszczędzanie wymaga planowania, dyscypliny, podejmowania aktywnych działań i myślenia nad wieloma niewiadomymi. Słowem, wymaga wysiłku. A zgodnie z badaniami ekonomistów behawioralnych ludzie generalnie mają tendencję do unikania lub odwlekania takich decyzji lub działań. Czynione plany często nie są realizowane lub w ogóle nie zabieramy się za planowanie. Można utyskiwać na to, że jest to nieracjonalne, ale — jak uważają behawioryści — takie zachowanie leży po prostu w ludzkiej naturze. Tak jesteśmy ukształtowani. Ekonomiści behawioralni sugerują wprowadzanie takich rozwiązań, które będą skłaniać (nudge) wybierać lepiej. O finansach behawioralnych i problemach z oszczędzaniem ciekawie opowiada Shlomo Benartzi:



W podobnym duchu ten problem próbuje rozwiązać serwis Digit, który automatyzuje proces oszczędzania (na razie jest dostępny jedynie w USA). Po podłączeniu do konta bankowego użytkownika monitoruje przychody i wydatki, a następnie za pomocą algorytmu oblicza ile pieniędzy w danym miesiącu jest potrzebnych. Bierze pod uwagę nasze dochody, płacone rachunki oraz to, jak zwykle wydajemy pieniądze. Drobne sumy, których — wg algorytmu — nie będziemy potrzebować, przelewa na specjalne konto. Jest to nie tyle klasyczna aplikacja mobilna, ile serwis obsługiwany za pomocą wiadomości tekstowych, przez co ma być maksymalnie prosty w użyciu. Słowem, Digit zamierza odciążyć użytkownika w oszczędzaniu pieniędzy.


Konto jest ubezpieczone w Federalnej Korporacji Ubezpieczenia Depozytów (czyli w instytucji gwarantowania depozytów w USA). Twórcy aplikacji podkreślają, że jest ona darmowa, jednak nie jest to do końca prawdą. Konto nie jest oprocentowane, co jest de facto opłatą za usługę — w ten sposób Digit na razie finansuje działanie serwisu, jednak twórcy zakładają, że w przyszłości chcą to zmienić i wprowadzić oprocentowanie. W razie potrzeby możemy oczywiście wycofać zgromadzone tam środki.

Jak ocenić to rozwiązanie?
Średnio za pomocą serwisu jego użytkownicy oszczędzają 5,5% swojego dochodu, co wygląda na całkiem niezły wynik. Można mieć pewne obawy, co do prywatności, jednak zdaniem twórców informacje są przesyłane informacje anonimizowane i szyfrowane. Niekorzystny jest również brak oszczędzania, choć nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zaoszczędzone pieniądze regularnie transferować na oprocentowane konto. No, może oprócz tego, że jest to wysiłek, którego staramy się uniknąć... ;)

Alternatywy
Innym rozwiązaniem jest aplikacja Acorn, która zaokrągla sumę wydawaną przez nas np. gdy płacimy kartą i inwestuje resztę w zdywersyfikowany portfel akcji. Z podobnych, choć bardziej tradycyjnych metod (i dostępnych w Polsce!) możemy zdecydować się na automatyczne programy oszczędnościowe lub choćby proste ustanowienie zlecenia stałego przelewającego określoną przez nas sumę na konto oszczędnościowe.



Źródło:
theverge.com
businessinsider.com
huffingtonpost.com

29 grudnia 2014

Krótka opowiastka o rynkach kapitałowych

Inwestor Ralph Wanger przyrównał kiedyś rynek do bardzo ruchliwego pieska, który jest wyprowadzany na spacer po Nowym Jorku na długiej smyczy. Właściciel psa spaceruje z Columbus Circle, przez Central Park, aż do Metropolitan Museum, a psina na smyczy rzuca się losowo to w jedną, to w drugą stronę. W żadnym momencie nie można przewidzieć, gdzie nagle pobiegnie zwierzak. Jednak zasadniczo (ekonomicznie mówiąc — w długim okresie) wiemy, że właściciel wraz z psem zmierza na północny wschód ze średnią prędkością pięciu kilometrów na godzinę. Swoje porównanie Wagoner skończył stwierdzeniem, że zdumiewa go to, że niemal wszyscy uczestnicy rynku, ci duzi i ci mali, zwracają swoją uwagę na psa, a nie na właściciela.

Owo porównanie dotyczyło inwestowania i możliwości zarabiania, ale równie dobrze pasuje do tego, jak nauka ekonomii współcześnie postrzega to, jak funkcjonują rynki kapitałowe. W 2013 roku ekonomiczną Nagrodę Nobla (a konkretniej Nagroda Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych) otrzymali Eugene F. Fama, Robert J. Shiller i Lars Peter Hansen.

Fama w swoich pracach już od lat 60. XX wieku udowadniał, że ceny akcji czy obligacji nie są możliwe do przewidzenia w krótkim okresie. Jego zdaniem zmiany, które obserwujemy to losowe wahania, ponieważ wszystkie informacje dostępne na rynku są już uwzględnione w cenach. Te badania miały duży wpływ na rozwój rynków kapitałowych — skoro rynek jest o krok przed inwestorami, to nie ma możliwości wygrania z rynkiem. Bardziej opłacalną strategią od aktywnego „grania” na giełdzie będzie tworzenie funduszy opartych na indeksach giełdowych (które mają mniejsze koszty i rozproszone ryzyko). Wg Famy, gdy ktoś twierdzi, że przewidział zmiany cen, to po prostu miał szczęście (wśród wielu inwestorów znajdzie się ktoś taki).
Z kolei Shiller od lat 80. dyskutował z tym poglądem. Jego zdaniem zmienność rynków (wahania cen) jest zbyt duża, żeby — opracowana przez Famę — teoria efektywnego rynku była prawdziwa. Przewidywalność rynków w długim okresie jest znaczna — można określić, czy rynek jest niedoszacowany czy przeszacowany. Jedną z najważniejszą prac Roberta Shillera jest, znajdujący się na liście najważniejszych 20 artykułów w 100-letniej historii magazynu American Economic Review, artykuł z 1981 roku zatytułowany „Do Stock Prices Move Too Much to Be Justified by Subsequent Changes in Dividends?”. Autor twierdzi w nim, że z perspektywy historycznej ceny akcji okazują się bardziej zmienne, niż można by oczekiwać, gdyby inwestorzy zachowywali się racjonalnie. Porównał też zmiany wartości akcji do zmian wartości wypłaconych dywidend i wskazał, że ceny akcji są dużo bardziej zmienne, niż spodziewane po prognozowaniu na podstawie przyszłych dywidend.
Paradoksalnie, choć Fama i Shiller nie zgadzają się ze sobą, to zostali nagrodzeni wspólnie. Królewska Szwedzka Akademia Nauk podsumowała werdykt stwierdzeniem, że nie da się przewidzieć, w którą stronę zmieni się cena akcji czy obligacji w ciągu najbliższych dni, czy tygodni. Ale można próbować to przewidywać na najbliższe 3-5 lat. Pierwszą część tego stwierdzenia możemy porównać do owego ruchliwego pieska na smyczy, a drugą do właściciela, który wyprowadza tego pieska na spacer po Nowym Jorku.

Po ogłoszeniu laureatów i uzasadnienia wśród komentatorów trwały dyskusje, co ta nagroda mówi o samej ekonomii. Niektórzy uważali, że komisja przyznająca nagrodę po prostu się skompromitowała, inni, że nawet jeśli owi badacze opierają się na różnych paradygmatach, to ich badania tłumaczą odmienne fragmenty rzeczywistości gospodarczej. Jeden paradygmat nie może, przynajmniej na razie, wytłumaczyć całokształtu złożonej rzeczywistości gospodarczej i taka konieczność czyni sztukę ekonomii trudną, ale też jednocześnie piękną.


17 listopada 2013

Kiedy prawo popytu nie działa?

Prawo popytu głosi, że wraz ze wzrostem ceny - przy innych czynnikach niezmienionych - spada wielkość zapotrzebowania. W prostych słowach: cena idzie w górę - kupujemy mniej. W podręcznikach do ekonomii spotyka się dwa rodzaje wyjątków od tej zależności.

Pierwszy z nich to tzw. efekt Veblena, który dotyczy niektórych dóbr luksusowych. Jego nazwa pochodzi od nazwiska wybitnego ekonomisty i socjologa Thorsteina Veblena, który w książce Teoria klasy próżniaczej postawił tezę, zgodnie z którą ludzie kupują dobra materialne nie tylko po to, aby z nich korzystać, ale również po to, aby poprzez ich posiadanie czy konsumowanie publicznie demonstrować swój status materialny albo zdobywać prestiż społeczny. W takich przypadkach spadek ceny danego dobra będzie skutkował zmniejszeniem wielkości zapotrzebowania na nie. Analogicznie, droższe dobro może być odbierane jako bardziej ekskluzywne i dające wyższy prestiż.

Czy krzywa popytu może wyglądać właśnie tak?

Drugim przypadkiem są dobra Giffena. Wielkość zapotrzebowania może rosnąć przy wzroście ceny, ponieważ dochody konsumentów tego dobra są bardzo niskie a jego cena - choć wyższa niż wcześniej - wciąż jest niższa od substytutów lub takich bliskich substytutów nie ma. Nazwa tych dóbr pochodzi od nazwiska brytyjskiego ekonomisty Roberta Giffena, choć nie ma dowodów na to, że faktycznie on opisał tę sytuację. Jednak Alfred Marshall w swoich Zasadach ekonomii powołał się na niego przy opisie sytuacji, w której wzrost ceny chleba skutkował wzrostem jego konsumpcji. Ponieważ nie było bliskich zamienników chleba i był on podstawowym produktem żywnościowym, to ludzie o niskich dochodach nie mogli kupować go mniej. Wskutek tego wydatki na chleb stanowiły większą część budżetu konsumentów, a więc brakowało pieniędzy na inne produkty, które teraz trzeba było czymś zastąpić. A że chleb pomimo wzrostów cen wciąż był relatywnie tani, to zastępowano te inne produkty właśnie chlebem. Efekt był taki, że wielkość zapotrzebowania na chleb rosła. Badania przeprowadzone kilka lat temu przez Jensena i Millera wskazały na to, że wśród ubogich Chińczyków ryż i makaron (odpowiednio na południu i na północy Chin) cechują się właśnie taką zależnością.

Jeszcze innego rodzaju przykład, w którym prawo popytu nie zadziałało, można odnaleźć we współczesnych Stanach Zjednoczonych. Od początku prezydentury Obamy rosła sprzedaż broni i amunicji (zapewne ze względu na gromadzenie zapasów przed spodziewanymi ograniczeniami w zakupie takich produktów). Ten stan dodatkowo wzmocniły tragiczne wydarzenia jak strzelaniny w szkole w Newton czy w kinie w Aurorze. Doprowadziło to długotrwałych niedoborów amunicji w sklepach. Gdyby ta sytuacja była jedynie opisem zadania w na zajęciach z podstaw ekonomii, to spodziewanym rozwiązaniem byłby po prostu wzrost cen amunicji. W rzeczywistości to jednak nie nastąpiło. Tylko niektóre sklepy zdecydowały się na podniesienie cen, w większości jednak pomimo pustych półek ceny pozostały na tym samym poziomie. Dlaczego? Jak powiedział jeden ze sprzedawców broni: "chcieliśmy pozostać fair wobec naszych klientów".

Tradycyjna analiza ekonomiczna nie bierze pod uwagę przyczyn wzrostu ceny, natomiast przedstawiciele ekonomii behawioralnej uważają, że jest to ważny czynnik determinujący reakcję na wzrost ceny. Pewne przyczyny (jak np. wzrost podatków lub kosztów prowadzenia działalności gospodarczej) zostaną przez konsumentów zaakceptowane, jednak inne - w tym nagły wzrost popytu - już nie. Klienci po prostu mniej przyjaźnie widzą to, gdy ktoś wzbogaca się na takich zdarzeniach, jak przywołane wyżej tragedie. W przypadku amunicji wielu klientów wraca do tego samego punktu, więc dla właścicieli sklepów podnoszenie ceny, nawet jeśli w krótkim okresie opłacalne, mogłoby okazać się gorszą strategią na przyszłość. Co ciekawe ceny rosły w sklepach internetowych - a więc tam gdzie lojalność nie ma tak dużego znaczenia.

14 października 2013

Czy potrzebujemy kosmicznego podatku?

We wchodzącym aktualnie na ekrany kin filmie Grawitacja początkowo rutynowa misja pary astronautów zmienia się w walkę o życie, po tym jak szczątki innej satelity niszczą ich stację. Wprawdzie eksperci podkreślają, że scenariusz tego filmu nie jest w pełni realistyczny, ale raport Limiting Future Collision Risk to Spacecraft opublikowany już w 2011 przez amerykańską National Research Council ostrzega przed tym, że ilość kosmicznych śmieci przekracza punkt krytyczny i może powodować poważne uszkodzenia statków czy ważnych satelitów. Raport wzywa do wprowadzenia międzynarodowych regulacji ograniczających ilość odpadków w kosmosie oraz do finansowania badań dotyczących metod ich "sprzątania".

Cały problem można opisać jako klasyczny przypadek tragedii wspólnych zasobów (czasem określane jako "tragedia wspólnego pastwiska", ang. tragedy of commons). Kosmiczne śmieci to resztki zużytych rakiet, satelitów, pozostałości po różnych kolizjach i eksplozjach. Powodują one negatywny efekt zewnętrzny - im więcej odpadków w kosmosie, tym większy koszt wysłania kolejnego, ponieważ wzrasta ryzyko jego uszkodzenia. Sugeruje to konieczność wprowadzenie jakiegoś rodzaju restrykcji dotyczących umieszczania kolejnych obiektów na orbicie, zarówno w przypadku o misji finansowanych przez rządy poszczególnych krajów, jak i przedsięwzięć komercyjnych.

Niektórzy ekonomiści proponują wprowadzenie specjalnego podatku, którym obciążone byłoby wystrzeliwanie obiektów na orbitę. Z jednej strony zwiększyłby koszty podejmowania takiego działania (przesunięcie krzywej podaży w lewo), a z drugiej umożliwiłby zgromadzenie środków na usuwanie zanieczyszczenia z orbity (czyli mniejsze negatywne efekty zewnętrzne - mniejsza różnica między publicznymi a prywatnymi korzyściami).

Trzeba jednak pamiętać, że również prywatne, komercyjne przedsięwzięcia mają w sobie pewne cechy dobra publicznego (prowadzone w tym celu badania przyczyniają się do postępu technicznego, satelity umożliwiają korzystanie przez nas z nawigacji GPS itp.). Tak więc zasadność i wysokość tego ewentualnego podatku zależy od wzajemnej relacji między prywatnymi i publicznymi korzyściami a prywatnymi i publicznymi kosztami wynikającymi z takiej działalności. Inną sprawą jest to, że przy obecnym porządku geopolitycznym wprowadzenie wspólnego podatku jest raczej niemożliwe.

Rysunek przedstawia powyższe rozumowanie w uproszczonej formie. Gdyby uwzględnić korzyści i koszty publiczne optimum rynkowe (najkorzystniejsza alokacja zasobów) znalazłoby się w punkcie B, a nie w punkcie A. Jeśli koszty zewnętrzne rzeczywiście przewyższają korzyści, to wprowadzenie podatku będzie uzasadnione. Takie podatki, które mają na celu skompensowanie skutków negatywnego efektu zewnętrznego określane są mianem podatków Pigou.

Koszty (korzyści) prywatne - ponoszone (uzyskiwane) przez podmiot podejmujący dane działania
Koszty (korzyści) publiczne - ponoszone (uzyskiwane) przez całą społeczność

Źródło:
http://qz.com/132545/the-world-needs-a-rocket-tax-to-solve-the-gravity-space-junk-problem/

25 czerwca 2013

60 sekund z ekonomią: Teoria racjonalnego wyboru

Teoria racjonalnego wyboru to jedna z podstawowych zasad mikroekonomii głównego nurtu. Zakłada ona, że ludzie są racjonalni, a więc:

  • "chcą raczej więcej niż mniej", 
  • mają pełną informację, 
  • są w stanie ocenić wszystkie możliwe warianty wyboru w odniesieniu do kosztów i korzyści 
  • oraz dokonać wyboru, który w największym stopniu odzwierciedla ich preferencje.

Ta teoria krytykowana jest przez alternatywne nurty ekonomii (takie jak ekonomia behawioralna), które w swoich badaniach pokazują ograniczenia zdolności poznawczych człowieka czy koszty procesu decyzyjnego.

7 kwietnia 2013

Ekonomia behawioralna w służbie Jej Królewskiej Mości (a właściwie rządu brytyjskiego)

Behavioural Insights Team (nieformalnie nazywany Nudge Unit*) to zespół naukowców pracujący dla rządu Wielkiej Brytanii, który zajmuje się przekładaniem pomysłów ekonomii behawioralnej na konkretne rozwiązania gospodarcze. Najczęściej skupiają się na niewielkich usprawnieniach, które czasem przynoszą duże efekty. Ciekawy przykład dotyczy rozwiązania problemu, dlaczego mało osób ocieplało swoje domy, mimo tego, że przez lata można było uzyskać na ten cel znaczne dopłaty, które sprawiały, że poniesione nakłady zwracały się już w pierwszym roku?
Naukowcy-praktycy zidentyfikowali, że jedną z głównych przeszkód są tutaj... pełne starych rupieci i niepotrzebnych rzeczy strychy. Tam gdzie ocieplenie domu wymagało również izolacji poddaszy często wiązało się to z koniecznością pozbycia się tych rzeczy lub choćby ich uporządkowania. Wiele osób postrzegało to jako zadanie ogromnie kłopotliwe i rezygnowało z uzyskania dopłat na izolację domu.
Cluttered Mess
Zaproponowano więc zmniejszenie uciążliwości tego działania, poprzez zorganizowanie subsydiowanego programu sprzątania strychów - możliwe było uzyskanie dopłaty do wynajęcia firmy, która oprócz instalowania izolacji, porządkowała i segregowała rzeczy ze strychu (część wracała z powrotem, część była przekazana m.in. na cele charytatywne). Pomysł okazał się skuteczny - wstępne testy wskazały na kilkukrotny wzrost ilości ocieplanych poddaszy. Trzeba zaznaczyć, że nie chodziło o wydanie większej ilości pieniędzy przez państwo, tylko o nieco inne ich ukierunkowanie.
* od tytułu książki R. Thalera i C. Susteina, polskie tłumaczenie to Impuls, choć precyzyjniej można przetłumaczyć to słowo jako szturchnięcie, popchnięcie czy trącenie łokciem - chodzi o ukierunkowanie na podjęcie lepszej decyzji
Zasłyszane w:
http://www.freakonomics.com/2013/04/03/the-tax-man-nudgeth-a-new-marketplace-podcast/ 
Źródło obrazka: Flickr, cindy47452

4 kwietnia 2013

Podatki a śmierć


1 stycznia 2005 roku w Szwecji zniesiony został podatek od spadków. Spadkobiercy osób, które zmarły 31 grudnia 2004 roku, zobowiązani byli zapłacić podatek, który nie obowiązywał już spadkobierców osób zmarłych dzień później. Badania szwedzkich ekonomistów Marcusa Eliasona i Henry'ego Ohlssona wskazują, że prawdopodobieństwo tego, że zgon nastąpił w Nowy Rok 2005, było o 10% wyższe u osób z majątkiem wystarczająco dużym, aby podlegał opodatkowaniu, niż u osób nieposiadających takiego majątku (porównywano prawdopodobieństwo tego, że zgon nastąpił 31.12.2004 z prawdopodobieństwem zgonu 01.01.2005). Podobną asymetrię zanotowano rok wcześniej dla małżeństw - 1 stycznia 2004 roku ten podatek przestał obowiązywać wyłącznie współmałżonków.
Jak uzasadnić te - nieco dziwne na pierwszy rzut oka - wyniki? Autorzy badań wyliczają 3 powody:
  1. Pewne badania sugerują, że wśród osób śmiertelnie chorych liczba zgonów wzrasta po dniach, które mogą mieć szczególne znaczenie (jak np. święta religijne). Mogłoby to oznaczać, że osoby śmiertelnie chore mogą w pewnym sensie odwlekać siłą woli odejście z tego świata o kilka dni. Badacze podkreślają jednak, że dotychczasowe badania na ten temat dają sprzeczne rezultaty.
  2. Współczesna technologia umożliwia podtrzymywanie życia w stanie wegetatywnym przez długi czas. Dokładny moment zgonu zależy wtedy od decyzji lekarza, przy pewnym wpływie rodziny osoby umierające, czy aparatura podtrzymująca życia będzie dalej funkcjonować, czy zostanie odłączona.
  3. Manipulacjom podlegać może raportowanie czasu zgonu. Zgon może zostać zgłoszony dzień później przez rodzinę lub dokumenty mogą zostać wypełnione niepoprawnie przez lekarza.
Eliason i Ohlsson zaznaczają, że nie są w stanie rozstrzygnąć, który z czynników odegrał największą rolę. Niezależnie od tego warto jednak pamiętać o tym, jaką rolę mogą odgrywać bodźce finansowe, nawet w tak wielkich sprawach, jak śmierć i - co mogliśmy w pewnym sensie obserwować niedawno na naszym podwórku - narodziny. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że dotyczy to tylko pewnego marginesu takich zdarzeń.

15 stycznia 2013

"Ja, ołówek" + "Jak zbudowałem toster – od zera"



"Ja, ołówek" - filmik przetłumaczony przez Forum Obywatelskiego Rozwoju i Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.

Ścieżka dźwiękowa filmiku pochodzi z programu telewizyjnego Miltona Friedmana "Free to Choose" (Wolny wybór). Jest to skrócona wersja eseju, którego autorem jest Leonard Read. Tekst Reada z 1958 roku opisuje, jak skomplikowanym procesem z punktu widzenia gospodarki jest produkcja nawet tak (wydawałoby się) prostej rzeczy, jaką jest ołówek. To, że możemy kupić ołówek czy inne rzeczy relatywnie tanio możliwe jest dzięki działaniu rynków i cenom, które przenoszą informacje o wartości. 

Pewną współczesną wariacją na ten temat jest prezentacja Thomasa Thwaites'a "Jak zbudowałem toster – od zera."



Warto chyba zastanowić się czasami, jak wiele osób przyczyniło się do tego, że korzystamy nawet z tych najprostszych urządzeń. I w jaki sposób działanie rynków to umożliwia.

Dodatkowe materiały:

30 grudnia 2012

Mikroekonomia w komiksie

Ponad 160 lat temu ze względu na przedmiot swoich badań ekonomia została określona przez T. Carlyle’a jako ponura nauka (w szczególności chodziło o słynną teorię ludnościową T. Malthusa, która zakładała występowanie cyklicznych okresów przeludnienia i w konsekwencji głodu). To określenie później bywało przywoływane również w kontekście sposobu, w jaki ekonomiści prowadzą badania i prezentują swoje dokonania. Przeciętnej osobie ekonomia często kojarzy się przede wszystkim z wykresami, wzorami matematycznymi i statystykami, ale na pewno nie z rozrywką, co pięknie ilustruje ten fragment z filmu “Wolny dzień Ferrisa Buellera”.

“Mikroekonomia w komiksie” Yorama Baumana i Grady’ego Kleina pokazuje, że ekonomia może być nie tylko zabawna, ale też wytłumaczona w sposób prosty i przystępny. Jest to idealna publikacja dla osób, które chcą zapoznać się z podstawami ekonomii oraz dla osób, które szybko chcą odświeżyć wcześniej zdobytą wiedzę (bez problemu można przeczytać ją w jeden wieczór). Dla nauczycieli natomiast może być pomocna w szukaniu interesujących i klarownych sposobów tłumaczenia materiału (w tym autorzy osiągają mistrzostwo). Wprawdzie raczej nie zastąpi zwykłego podręcznika (pominięcie kilku istotnych zagadnień, nieco niekonwencjonalny porządek treści), ale jako uzupełnienie lub wprowadzenie do zajęć powinna sprawdzić się idealnie.
Książka kosztuje niecałe 30 zł, na stronie wydawnictwa Explanator można zapoznać się z fragmentem książki. Zapowiedziane jest również wydanie polskiego tłumaczenia kolejnej części - Makroekonomii.

9 grudnia 2012

Kto rujnuje gospodarkę?

Aż trudno uwierzyć, że ten komiks ma ponad 20 lat.


Tłumaczenie tekstów z dymków poniżej. Niestety trudno jest przetłumaczyć grę słów z użyciem "demand" w dwóch nieco odmiennych znaczeniach - popytu oraz żądań/wymagań. Stąd dość niezgrabne rozszerzenie tłumaczenia.
  • 15 dolców za szklankę?!
  • Tak jest! Chcesz jedną?
  • Jak uzasadnisz żądanie 15 dolarów?!
  • Popyt i podaż. Zapotrzebowanie i oferta.
  • Gdzie to zapotrzebowanie?! Nie widzę żadnego zapotrzebowania!
  • Jest mnóstwo zapotrzebowania.
  • Tak?
  • Pewnie! Jako jedyny udziałowiec w tym przedsiębiorstwie potrzebuję i domagam się ogromnego zysku na mojej inwestycji!
  • Jako prezydent i szef tej firmy potrzebuję i domagam się wygórowanego rocznego wynagrodzenia!
  • Jako mój własny pracownik, potrzebuję i domagam się wysokiej stawki godzinowej i wszystkich możliwych dodatków pozapłacowych! Do tego są jeszcze koszty stałe i koszty produkcji!
  • Ale to wygląda jakbyś po prostu wrzucał cytrynę do jakiejś brudnej wody!
  • Cóż, muszę ciąć gdzieś wydatki, jeśli chcę pozostać konkurencyjnym.
  • A co, jeśli zachoruję od tego?
  • Caveat emptor ("niech kupujący się strzeże") to motto, za którym stajemy. Musiałbym podnieść ceny, gdybym przestrzegał regulacji zdrowotnych i środowiskowych.
  • Jesteś pomylony. Idę do domu napić się czegoś innego.
  • Pewnie! Wywal mnie z tej roboty! To antyprzedsiębiorcze typy jak ty rujnują gospodarkę!
  • Potrzebuję pomocy finansowej. 

1 października 2012

60 sekund z ekonomią: Niewidzialna ręka rynku

Ekonomista Adam Smith wykorzystał metaforę "niewidzialnej ręki", żeby opisać mechanizm samoregulacji rynku. Opis pojawił się w dziele dziś znanym powszechnie pod tytułem "Bogactwo narodów" (pełny tytuł to: Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów), które dało początek nauce ekonomii.
Poniżej pierwszy z serii króciutkich filmów przygotowanych przez The Open University. Cykl nosi nazwę "60 sekundowe przygody z ekonomią". Tłumaczenia kolejnych filmów pojawią się w następnych postach.
AKTUALIZACJA: film jest przetłumaczony, jednak z powodów technicznych napisy mogą nie uruchamiać się automatycznie. Można włączyć je za pomocą przycisku lub kliknąć w link.

Źródło:
http://www.openculture.com/2012/09/i60-second_adventures_in_economicsi_an_animated_intro_to_the_invisible_hand_and_other_economic_ideas.html 

20 lipca 2012

Czy opłaca się dawać młodym ludziom pieniądze na zakładanie przedsiębiorstw?

Czy wydajemy pieniądze tam, gdzie nie zadziałają czy inwestujemy w doświadczenie i umiejętności młodych ludzi, co zaprocentuje w przyszłości? Dwugłos w tej sprawie w audycjach z radia Tok.fm:
W pierwszej audycji dr Paweł Dąbrowski argumentuje dlaczego nie jest to najlepsze rozwiązanie. Poza wyjątkami młodzi ludzie nie mają jeszcze wystarczającego doświadczenia i wiedzy, co skutkuje tym, że - porównując z innymi grupami wiekowymi - więcej z tych firm upada. A więc bardziej opłacalnym byłoby zainwestować te fundusze inaczej.

(10 minut, bezpośredni link)
W drugiej audycji Dominik Owczarek z Instytutu Spraw Publicznych wskazuje, że zyskiem jest nie tylko trwanie firmy i stworzone dzięki temu miejsca pracy, ale również m.in wyniesione z tego - nawet w przypadku niepowodzenia - doświadczenie młodych osób.

(12 minut, bezpośredni link)

14 maja 2012

Jak ceny ropy oddziałują na gospodarkę



Trzy najważniejsze punkty z tej prezentacji:
  1. Droga ropa to znacznie więcej niż wyższe koszty transportu (w linku spis produktów, do których wytworzenia używa się ropy, znajdują się wśród nich m.in. torby i opakowania, nawozy, konserwanty żywnościowe, koraliki, rajstopy, suwaki nylonowe, portfele, plastikowe wieszaki, ubrania z poliestrem, sznurowadła, parasole, długopisy, termometry, gumki do ścierania, komputery, piłki plażowe, materace dmuchane, piłki golfowe, zatyczki do uszu, latawce, spadochrony, piłki, struny nylonowe, barwniki do tkanin, farby olejne, namioty, smoczki dla dzieci, pieluchy jednorazowe, grzechotki, lalki, aspiryna, strzykawki, protezy, maski tlenowe, kubki, szczotki do włosów, szminki, obrusy, perfumy, szampony, szczoteczki do zębów, ramki do zdjęć, deski sedesowe, płyty CD i DVD, zabawki dla psów i gumy do żucia)
  2. Gdy gospodarka jest w fazie rozkwitu i produkuje się coraz więcej, wzrasta wtedy popyt na ropę, co zwiększa jej ceny i w konsekwencji ogranicza możliwości rozwoju gospodarki
  3. Świat potrzebuje trzeciej rewolucji przemysłowej, co oznacza przestawienie gospodarki na zieloną energię (w linkach wywiady z J. Rifkinem, w których opowiada o swoich koncepcjach)

18 kwietnia 2012

Jak podnieść cenę nie podnosząc ceny?

Brzmi niezbyt logicznie, prawda? A jednak:
[...] producenci, aby nie podwyższać cen - czego nasz konsument bardzo nie lubi - chwytają się różnych trików. Firma Danone obniżyła np. gramaturę 12 proc. swoich produktów. I tak jogurt Gratka miał 300 gramów, a teraz ma 290 gramów. Ale cena została taka sama.
Cena zostaje taka sama tylko nominalnie, oczywiście w ujęciu realnym rośnie. Skoro to działa, to wyjścia są dwa: konsumenci w ogóle nie dostrzegają tej zmiany albo zauważają, ale traktują ją jako nieistotną ("tylko 10 gramów").
Źródło:
http://wyborcza.pl/1,75478,11492759,Ruch_w_portfelu__Sprawdzilismy__czy_w_czasach_kryzysu.html 

16 marca 2012

"Podnieście mi ten podatek!"

Poniżej fragment audycji EKG, w trakcie której jeden z zaproszonych do studia gości wygłosił przytoczoną w tytule deklarację. Równie zaskakujące, ale też bardzo pouczające było wyjaśnienie, które nastąpiło zaraz po tych słowach. 

Bezpośredni link: https://dl.dropboxusercontent.com/u/348789/Blog/EKG.mp3

Cała audycja:

4 marca 2012

W jakim zawodzie można zarobić prawie 5 tysięcy złotych dziennie?

Odpowiedź w artykule J. Solskiej z ostatniej "Polityki" o nowych i atrakcyjnych finansowo zawodach. Natomiast patrząc bardziej przyszłościowo moglibyśmy pójść za radą autorów raportu "The shape of jobs to come" z brytyjskiego Fast Future, którzy spróbowali opisać zawody, które mogą być popularne w roku 2030. Ich prognoza zakłada, że będą to m.in.
  • producenci ludzkich organów (w szczególności dla sportowców),
  • nanomedycy,
  • rolnicy zajmujący się uprawą roślin genetycznie modyfikowanych (również tzw. wertykalni rolnicy - od specjalnego rodzaju farm powstających w miastach - przykład na grafice poniżej),
  • etycy nowej nauki (zajmujący się takimi kwestiami jak np. klonowanie),
  • specjaliści od odwracania zmian klimatycznych,
  • wirtualni prawnicy,
  • osoby opiekujące się osobami starszymi,
  • chirurdzy powiększający pamięć,
  • cały zestaw zawodów zajmujących się turystyką kosmiczną (piloci, przewodnicy itd.),
  • osoby zajmujące się wirtualnym bałaganem,
  • brokerzy czasu,
  • "narrowcasterzy" (osoby personalizujące strumień informacji - choć ogólnie ta czynność powinna być zautomatyzowana, to w wersji permium ma być wykonywana przez ludzi),
  • osoby zajmujące się bezpieczeństwem danych
Źródło grafiki: economist.com, webecoist.momtastic.com

Znaczna część tych nazw brzmi dziś śmiesznie czy nierozsądnie i choć można przypuszczać, że - jak zwykle w przypadku tak odległego prognozowania - za 20 lat będą one jeszcze śmieszniejsze i mniej rozsądne, to trzeba również pamiętać o tym, że wiele współcześnie "nowych" zawodów 20 lat temu odebrano by zapewne tak samo. Należy się spodziewać, że "kreatywna destrukcja" na rynku pracy będzie jeszcze bardziej odczuwalna.

Źródło:

10 stycznia 2012

Historia pewnego arbitrażu

W latach 60. Uniwersytet w Chicago był jednym z najprężniejszych ośrodków akademickich w dziedzinie ekonomii. Wychowała ona wielu laureatów Nagrody Nobla i wpłynęła na sposób myślenia niejednego pokolenia ekonomistów.
Właśnie tam, podczas jednego ze wspólnych obiadów grupa ekonomistów, wśród których był późniejszy laureat Nagrody Nobla George Stigler,  dostrzegła możliwość dokonania pewnego arbitrażu.
W znaczeniu ekonomicznym arbitraż oznacza sytuację, kiedy ten sam towar na różnych rynkach ma inną cenę i dokonujemy wtedy jego kupna tam, gdzie cena jest niższa i sprzedaży tam, gdzie jest ona wyższa. Tak więc mamy zysk bez ponoszenia ryzyka. 
Możliwość arbitrażu, którą dostrzegli owi ekonomiści dotyczyła różnicy ceny za tonę zboża w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych. Podekscytowani możliwością zarobku kupili odpowiednią ilość towaru w Stanach Zjednoczonych, a następnie zabrali się za przygotowanie kontraktu do sprzedaży zboża w Wielkiej Brytanii, tylko po to, aby odkryć, że... tona w USA nie jest taka sama, jak tona w Wielkiej Brytanii (tzw. krótka tona i długa tona).
Tym razem obyło się więc bez darmowego lunchu, a nawet więcej, bo jak spuentował to sam Stigler: "był to najdroższy lunch jaki w życiu jadł".
Źródło: podsłuchane w audycji EconTalk
http://www.econtalk.org/archives/2011/12/munger_on_profi.html  
Zdjęcie: wikimedia.org