9 sierpnia 2016

5 książek, od których warto rozpocząć przygodę z ekonomią

Na początek ważna uwaga: zaczynać można od dowolnej, ale warto przeczytać wszystkie, ponieważ prezentują one różne tematy i różne perspektywy na ekonomię. Znaleźli się na niej i ekonomiści o bardziej prawicowych inklinacjach (jak Sowell), jak i lewicowych (jak Chang). Jednak nie chodziło o to, żeby w jakiś sposób wyrównać proporcje ideologiczne, ale o to, żeby na tej liście zebrać książki, które mogą zaciekawić ekonomią i które po prostu dobrze się czyta.

1. Dlaczego piloci kamikadze zakładali hełmy? Czyli ekonomia bez tajemnic

dlaczego-piloci-kamikadze-zakladali-helmy-czyli-ekonomia-bez-tajemnic-b-iext9386667
Jej autorem jest Robert Frank, profesor ekonomii i jednocześnie felietonista The New York Times, gdzie publikuje popularne felietony popularyzujące wiedzę ekonomiczną. Jako nauczyciel ekonomii stosuje nietypową, choć dość prostą, metodę uczenia. Na zaliczenie przedmiotu daje swoim studentom zadanie, które polega na sformułowaniu interesującego pytania z właściwie dowolnego obszaru życia i udzieleniu na nie odpowiedzi przy użyciu wiedzy ekonomicznej. Taką metodę nazywa "ekonomią naturalną". Pytania często próbują zawierają w sobie pozorne paradoksy takie jak:

  • Dlaczego nowe samochody warte 8000 funtów wynajmuje się po 25 funtów za dzień, a garnitury warte 250 funtów za 45 funtów za dzień?  
  • Dlaczego w większości modeli światło zapala się, gdy otwieramy lodówkę, a nie zapala gdy otwieramy zamrażarkę? 
  • Dlaczego mleko sprzedaje się często w prostopadłościennych pojemnikach, a napoje w cylindrycznych? 

Czy rzeczywiście ekonomia udziela odpowiedzi na te pytania – odsyłam do książki Franka. W książce brakuje typowych dla ekonomii równań i wykresów. Mimo tego, a może właśnie dzięki temu, Ekonomia bez tajemnic stanowi on świetne wprowadzenie do ekonomii i pokazuje, że ekonomia jest nauką żywą i przydatną również w codziennym życiu.

2. Ekonomia w jednej lekcji

Ekonomia w jednej lekcji
Ekonomia w jednej lekcji, której autorem jest Henry Hazzlit, została wydana po raz pierwszy w USA w 1946 roku, a więc jest najstarszą książką w tym zestawieniu. I choć czasami podczas lektury jest to odczuwalne, to wciąż jest to pozycja obowiązkowa. Autor w kolejnych rozdziałach odpowiada na pytania dotyczące wpływu podatków na rozwój gospodarczy, ratowania przemysłów, ingerencji w mechanizm cenowy, roli związków zawodowych i innych kwestii ekonomicznych. Książka jest świetnym wprowadzeniem do ekonomii klasycznej, której przedstawiciele byli zwolennikami wolnego rynku i ograniczania ingerencji państwa w gospodarkę. Tytułową "jedną lekcję" Hazzlit wyraził w następującym zdaniu:
"Sztuka ekonomii polega na tym, by spoglądać nie tylko a bezpośrednie, ale i na odległe skutki danego działania czy programu; by śledzić nie tylko konsekwencje, jakie dany program ma dla jednej grupy, ale jakie przynosi wszystkim."
Chodzi o to, że pewne rozwiązania, które pozornie wyglądają na korzystne, po dokładnej analizie okazują się być takie tylko dla określonej niewielkiej grupy osób, podczas gdy reszta społeczeństwa na nich traci albo są one niekorzystne dla wszystkich w długim okresie czasu, co Hazzlit świetnie przedstawia na wielu przykładach.
 

3. Freakonomia

Freakonomia to książka napisana wspólnie przez Stevena D. Levitta, profesora ekonomii oraz Stephena J. Dubnera, pisarza i dziennikarza New York Timesa. Autorzy poszukują odpowiedzi na nietypowe pytania, a odpowiedzi zwykle są jeszcze bardziej zaskakujące. Levitt i Dubner patrzą na świat przez pryzmat bodźców, które skłaniają nas do określonego zachowania i próbują pokazać, jak myśląc w tych kategoriach można wytłumaczyć, dlaczego ludzie zachowują się w określony sposób. Wybrane pytania:

  • Co łączy nauczycieli z zapaśnikami sumo?
  • Co jest prawdziwą przyczyną spadku przestępczości w ostatnich latach?
  • Dlaczego dealerzy narkotyków mieszkają u mamy?

4. 23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie

Autor tej książki – Ha-Joon Chang – przekonuje, że wiele z powszechnych przekonań na temat kapitalizmu jest nieprawdziwych. W kolejnych rozdziałach udowadnia m.in, że:

  • Pralka bardziej zmieniła świat niż Internet.
  • Stany Zjednoczone nie są krajem o najwyższym standardzie życia na świecie.
  • Afryka nie jest skazana na niski poziom rozwoju.
  • Ludzie w biednych krajach są bardziej przedsiębiorczy niż ludzie w krajach bogatych.
  • Rynki finansowe powinny być mniej, a nie bardziej efektywne.

Wiele z tych twierdzeń wydaje sprawia wrażenie absurdalnych, jednak po zapoznaniu się z argumentami prof. Changa stają się one o wiele bardziej sensowne i zrozumiałe. Alternatywą jest niedawno wydana po polsku, bardziej kompleksowa Ekonomia. Instrukcja obsługi tego samego autora.

5. Ekonomia dla każdego

Mimo, że może być z powodzeniem stosowana jako podręcznik, to podobnie jak w poprzednich książkach na próżno szukać w niej wzorów czy wykresów. Sowell - amerykański profesor ekonomii - podkreśla, że ekonomia jest nauką o zachowaniu ludzi i taką, która uczy nas o najlepszych metodach gospodarowania zasobami. A ponieważ ludzie są skomplikowani, to nie da się ich zachowania opisać w kilku prostych wzorach matematycznych. W kolejnych rozdziałach Sowell omawia rolę cen w gospodarce, działanie przedsiębiorstw, rynek pracy, czas i ryzyko, gospodarkę narodową i międzynarodową. Książka kończy się polemika z popularnymi mitami ekonomicznymi. Książka jest napisana bardzo przystępnie i okraszona dużą ilością przykładów.



24 czerwca 2016

Piłkonomia, czyli co ekonomia wie o meczu Polska-Szwajcaria

Szwajcaria swój ostatni mecz w fazie grupowej grała w niedzielę, natomiast Polska - we wtorek. Oznacza to, że Szwajcarzy odpoczywali dwa dni dłużej (Szwajcaria skończyła swój mecz ok. 23 w niedzielę, natomiast Polska ok. 20 we wtorek, tak więc różnica wynosi ok. 45 godzin). Czy w sobotnim meczu będzie to miało jakieś znaczenie?
Źródło zdjęcia: tvn24.pl
Zwykle w turniejach takich jak Mistrzostwa Europy różnica w długości odpoczynku przed meczem wynosiła maksymalnie jeden dzień, jednak zmieniło się to wraz z rozszerzeniem Euro do 24 drużyn. Zdania ekspertów od fizjologii i przygotowania fizycznego są podzielone (wypowiedzi pochodzą z artykułów ze strony sport.pl):

  • Prof. Zbigniew Jastrzębski: Rywale przejdą klasyczny mikrocykl treningowy, znajdą czas na wypoczynek i pracę. Turniej ułożył im się niemal idealnie. Nasi zawodnicy w środę byli jeszcze mocno zmęczeni po Ukrainie. Największe skutki wysiłku wychodzą po ok. 24 godzinach. W czwartek może być wykonany trening o niskiej intensywności, w piątek tylko pobudzający, bo już w sobotę mecz. Nawałka może zrealizować ledwie dwie jednostki treningowe.
  • prof. Jerzy Żołądź: "Jeśli dojdzie do dogrywki, to może się okazać, że te dwa dodatkowe dni odpoczynku miały znaczenie. Zmęczenie na pewno będzie narastać"
  • dr Jakub Chycki: Przerwa ma wielkie znaczenie. Pod względem fizjologicznym lepiej mieć pięć niż trzy dni na restytucję. Trudno [jednak] takie rzeczy kalkulować w drużynie piłkarskiej. Każdy gracz był w innym stopniu obciążony w ostatnim meczu, ma inne przemiany metaboliczne, inne straty energetyczne. Dlatego nie istnieją dwa takie same okresy optymalnej restytucji.
  • Andrzej Bahr, były trener przygotowania fizycznego Wisły Kraków: Gdybyśmy mieli tylko jeden dzień na regenerację, a rywale trzy, byłby to problem. Ale oba zespoły mają odpowiednio dużo czasu.

Okazuje się, że ekonomiści mogą również dorzucić swoje „dwa grosze” na ten temat. Oczywiście ekonomiści nie starają się zastąpić fizjologów i zrozumieć procesy fizjologiczne zachodzące w organizmie, ale analizują problem z zupełnie innej perspektywy. Ekonomiści tacy jak Stefan Szymanski z Uniwersytetu z Michigan, który wraz z Simonem Kuperem napisał książkę Soccernomics, analizują dane i używają logiki, by znaleźć w tych danych odpowiedzi na pytania takie jak:

  • czy lepiej strzelać karne jako pierwszy, czy jako drugi?
  • czy zasady wyrównujące szanse klubów (jak w amerykańskich sportach) sprzyjają rozwojowi dyscypliny?
  • czy największe znaczenie dla wyników ma najlepszy gracz? czy może o wyniku decyduje „najsłabsze ogniwo”?

Wreszcie, jednym z takich pytań jest: czy czas odpoczynku między meczami ma istotne znaczenie dla wyników? Szymanski przeanalizował wraz ze współpracownikami szereg wyników drużyn z Premier League, które oprócz tego grały w pucharach (krajowych i europejskich). Jak się okazało, to czy zespół grał w środę, nie miało żadnego znaczenia w przypadku wyników gier weekendowych.



Oczywiście zależności z klubów nie muszą przekładać się w 100% na wyniki reprezentacji na finałowych turniejach, które są rozgrywane przecież na koniec wyczerpującego sezonu. Podobnie, całkiem możliwe, że czas odpoczynku ma większe znaczenie - jak zauważył w powyżej przytoczonej wypowiedzi prof. Żołądź - w przypadku meczów rozstrzyganych w doliczonym czasie gry. Jednak taka analiza jest ciekawa pod tym względem, że zdrowy rozsądek podpowiada, że czas odpoczynku ma kolosalne znaczenie. Rolą nauki jest czasem właśnie to, żeby podważyć to, co tzw. zdrowy rozsądek (mylnie) nam podpowiada.

Oczywiście pozostaje jeszcze pytanie, czy to wciąż jest ekonomia. Podobnie jak w przypadku Freakonomii i jej podobnych, ekonomiści wychodzą w tym przypadku daleko poza to, co zwykle kojarzy się z ekonomią. Być może jest to już coś poza ekonomią (data science?), a być może - jak powiedział kiedyś J. Viner - „ekonomia jest tym, czym zajmują się ekonomiści”. Ten przewrotny cytat można odczytać jako opinię, że ekonomiści, dzięki pewnych cechom wyróżniających ich w środowisku naukowym (dobra znajomość metod ilościowych, zdyscyplinowane myślenie modelowe oraz tzw. myślenie ekonomiczne) mogą odkrywać rzeczy, których inni naukowcy nie dostrzegają. W ten sposób niejako na nowo definiują przedmiot dociekań ekonomii. Od razu trzeba zaznaczyć, że czasami takie próby są bardziej śmieszne niż sensowne. Być może jednak te pierwsze również są potrzebne do postępu naukowego i do tego, żebyśmy więcej o świecie. Tak czy inaczej, jutro możemy "kibicować", żeby czas odpoczynku jutro rzeczywiście nie zaważył na wyniku i żeby Polska wygrała ze Szwajcarią dzięki umiejętnościom czysto sportowym.

13 maja 2016

Ekonomista-terrorysta

W zeszły czwartek jedna z pasażerek samolotu linii American Airlines powiadomiła personel o dziwnym zachowaniu siedzącego obok niej mężczyzny. W jej opisie wypisywał podejrzane symbole w swoim notatniku, co miałoby wskazywać na zamiary związane z terroryzmem. Dodatkowo wątpliwości - zgodnie z relacją zaalarmowanej pasażerki - były wzmocnione tym, że ów podejrzany miał ciemną karnację i zagraniczny akcent. Pasażerka próbowała nawiązać z nim rozmowę, ale on był zbyt pochłonięty swoimi zapiskami, więc przestraszona kobieta powiadomiła personel. Po interwencji służb okazało się, że domniemany terrorysta to jedynie ekonomista włoskiego Guido Menzio a podejrzane zapiski to… równania różniczkowe, które przygotowywał do wygłoszenia wykładu na temat różnicowania cen.

To wydarzenie może posłuży zapewne jako anegdotyczny przykład w wielu dyskusjach np.

  • nad niskim poziomem edukacji społeczeństwa amerykańskiego (i nie tylko amerykańskiego),
  • albo wręcz odwrotnie - zalewaniem artykułów ekonomicznych mało zrozumiałymi i (jak twierdzą niektórzy) mało powiązanymi z rzeczywistością wzorami matematycznymi i w konsekwencji tym, że współczesna ekonomia jest mało zrozumiała dla przeciętnego obywatela,
  • nad poziomem ksenofobii w Stanach Zjednoczonych,
  • czy poczuciem bezpieczeństwa w USA, w szczególności w podróżach lotniczych

Jednak tygodnik The Economist postanowił wykorzystać to do pożartowania sobie z ekonomistów i stworzył poradnik pt. jak rozpoznać, że to właśnie ekonomista siedzi obok nas w samolocie.
Zaczyna się od tego, że „odmawia słuchania i wykonywania poleceń związanych z bezpieczeństwem lotu, ponieważ «w długim okresie wszyscy będziemy martwi»”. Następnie „powtarza, że nie ma czegoś takiego jak darmowe posiłki, napoje i przekąski na pokładzie”, „unika przedłużającej się rozmowy z tobą, ponieważ zgodnie z jego racjonalnymi oczekiwaniami jesteś idiotą, jeśli wybrałeś miejsce w środku”, „jednakże oferuje sprzedaż jego miejsca przy przejściu na twoje w formie aukcji, do której zachęca również kobietę siedzącą za tobą”, „rozpycha się łokciami na podłokietnikach, ponieważ mają one dla niego «wyższą marginalną użyteczność» niż dla ciebie”, „gdy dostajesz od niego łokciem w żebra, mówi, że jedynie daje ci «impuls» (nudge) do lepszego zachowania”, „gdy otwiera schowek bagażowy, to na twoją głowę spada kopia Kapitału w XXI wieku Piketty’ego”, „jednak on używa jej tylko jako podnóżka”, „oddycha z ulgą, gdy samolot osiąga wysokość 10 tysięcy kilometrów, ponieważ jest teraz w stanie «ogólnej równowagi»”, wreszcie „poświęca cały lot na bazgranie greckich liter w notatniku, jednak okazuje się, że to nie są wzory matematyczne, po prostu jest członkiem zespołu negocjacyjnego MFW lecącego do Aten”. Do listy 10 oznak The Economist dodaje 11, ponieważ ”ów ekonomista wierzy w luzowanie argumentacyjne”.

Oczywiście w internecie pojawiło się mnóstwo propozycji uzupełnienia listy np. „cytuje teoremat Coase’a i próbuje zapłacić ci za to, żebyś nie rozkładał fotela”.

Sam Menzio wygląda tak:
fot. The Washington Post

A jego przerażający artykuł tak:
http://web-facstaff.sas.upenn.edu/~gmenzio/linkies/QSs.pdf


15 marca 2016

Gospodarka nakazowa kontra gospodarka rynkowa - dwa zdjęcia i jeden wykres

Jedną z najbardziej popularnych ilustracji pokazujących różnice gospodarcze między regionami jest zdjęcie satelitarne przedstawiające Półwysep Koreański nocą. Przedstawia ono rozświetloną Koreę Południową, a część zajmowana przez Koreę Północną jest niemal niewidoczna.

Do  1945  roku  obszar, który dziś zajmują Korea Północna i Korea Południowa, stanowił  jedno  państwo. Ludność, kultura i poziom zamożności północnej części nie różniły się znacząco. Gdy zakończyła się wojenna okupacja japońska, wzdłuż 38. równoleżnika wyznaczono linię demarkacyjną, powyżej której kontrolę przejął Związek Radziecki narzucając ustrój społeczno-gospodarczy, państwo znajdujące się poniżej linii trafiło pod sferę wpływów Stanów Zjednoczonych. Oba państwa, tak jak cała Korea przed podziałem, były zaliczane do grupy państw ubogich. Dochód  w przeliczeniu na osobę był w 1950 roku w obu państwach na poziomie 40% średniej światowej. Efekt różnic w wydajności gospodarki nakazowej i gospodarki rynkowej widoczny jest na poniższym wykresie. W 2008 roku PKB per capita w Korei Północnej wynosił 1122 dolary, a Korei Południowej aż 20454. Średnia dla całego świata wynosiła wtedy 7626 dolarów, więc łatwo dostrzec, że Korea Północna relatywnie zbiedniała a Korea Południowa znacznie się wzbogaciła.
Wersja interaktywna - tutaj.

Teraz, za sprawą Michala Huniewicza, do tego zdjęcia możemy dołożyć kolejne, tym razem przedstawiające granicę między Koreą Północną (po lewej) a Chinami.

Co ciekawe, badania naukowe pokazują, że na podstawie zdjęć satelitarnych przedstawiających rozświetlenie nocą rzeczywiście można szacować poziom PKB per capita i jego zmiany. Wcześniejszy post na ten temat - tutaj.

30 grudnia 2015

Outlety - tanio, ale czy zawsze opłacalnie?

Robiąc zakupy w sklepach outletowych często trafiamy na okazje, dzięki którym możemy kupić produkt za małą część jego pierwotnej ceny. Co sprawia, że w sklepach outletowych jest tak tanio?

1. Resztki towaru i wadliwe produkty

Początkowo outlety sprzedawały resztki towaru, często uszkodzonego, pracownikom fabryki, w której te dobra były wytwarzane. Z czasem otworzono również outlety dla wszystkich zainteresowanych. Można było wtedy rzeczywiście kupić towar po okazyjnej cenie, często poniżej kosztów jego produkcji. Było to korzystne również dla producenta, ponieważ jeśli nie sprzedałby tego towaru po obniżonej cenie, to musiałby go zniszczyć i nie zarobiłby na nim w ogóle.

Źródło obrazka: Thomas Hawk, flickr.com

2. Specjalne marki

Współcześnie część oferty outletów można zaliczyć do poprzedniej kategorii, choć prawda jest taka, że wiele produktów wcale nie było przeznaczone do normalnej sprzedaży detalicznej. Raport z amerykańskiego Kongresu wskazuje, że nawet 85% tamtejszej oferty outletów, to produkty specjalnie wyprodukowane do sprzedaży w outletach. Niektórzy producenci wykorzystują fakt, że ich marki są znane, lubiane i preferowane przez konsumentów i oferują pod tą samą lub podobną nazwą “produkty outletowe”. Niestety takie towary są często gorsze jakościowo np. przez wykorzystanie tańszych materiałów. Czasami są zaprojektowane przez innych (tańszych) projektantów. Bywa nawet, że nie mają za wiele wspólnego z marką, pod którą są sprzedawane - ich producenci płacą jedynie za licencję na wykorzystanie nazwy. Klienci natomiast zwabieni promocjami wydają więcej, niż byliby skłonni wydać na taki sam produkt w niemarkowym sklepie, bez 50% upustu. Sam produkt natomiast nigdy nie był przeznaczony do sprzedaży po cenie, jaką jako oryginalną cenę na metce.
Źródło obrazka: vox.com

3. Różnicowanie ceny

Różnica między ceną detaliczną produktu a kosztem jego wytworzenia i dystrybucji bywa na tyle wysoka, że zysk osiąga się nie tylko przy normalnej cenie, ale również i po obniżonej cenie. W ten sposób sprzedawcy korzystają z różnicowania cen. Cena, przy której konsumenci są skłonni nabyć produkt jest różna - część klientów jest skłonna zapłacić wyższą cenę za najnowszy, “markowy” produkt, inni natomiast kupią produkt tylko za niską cenę. Oferując produkt tylko po wyższej cenie, sprzedawcy nie zarobiliby na drugiej grupie. Sprzedając produkt po niskiej cenie, zrezygnowaliby z premii, którą uzyskują na pierwszej grupie. Dodatkowo przy większym wolumenie produkcji można osiągnąć efekty skali.

4. Mniej rozbudowana sieć dystrybucji

Sklepy outletowe umieszczone są najczęściej w mniej dogodnych dla klientów lokalizacjach. Oznacza to mniejsze koszty dla sprzedawców, dzięki niższym czynszom za wynajem powierzchni i mniejszej liczbie punktów. To nie “produkt” szuka klienta, a odwrotnie. W ten sposób to my, jako klienci, ponosimy większe koszty.


Praktyczna rada
Powyższe powody nie sprawiają, że lepszym rozwiązaniem będzie zaniechanie zakupów w outletach, warto jednak wiedzieć za co płacimy i pamiętać o złotej zasadzie, żeby nie kupować czegoś tylko z tego powodu, że jest to tanie.

7 grudnia 2015

Hipoteza klątwy surowcowej

Autorem wpisu jest Konrad Czernichowski, pracownik Wydziału Ekonomicznego UMCS w Lublinie.

Płacąc codziennie w sklepie złotymi, nie zastanawiamy się, skąd wzięła się nazwa polskiej waluty. "Złoty" pochodzi od pierwiastka, który w naszej strefie kulturowej uchodzi za najcenniejszy. Nie dla wszystkich ludzi surowce naturalne są jednak najbardziej wartościowe na świecie. Walutą Botswany, która zapewnia 25% światowej produkcji diamentów, jest pula. „Pula” w języku setswana znaczy „deszcz”. Tswana – główny lud Botswany, która oznacza „miejsce, gdzie żyją Tswana” – cenią więc wodę bardziej niż diamenty. Trudno się temu dziwić. Przeciętny Botswańczyk nigdy nie miał w ręku diamentu, którego cena za karat dochodzi nawet do kilkunastu tysięcy dolarów. Woda jest natomiast towarem rzadkim, którego niedobory odczuwa całe społeczeństwo. Paradoks wody i diamentów znany był już w XIX w. Ekonomiści dociekali, dlaczego niezbędna do życia woda osiąga niższą cenę w porównaniu z diamentami. Odpowiedzi nie da porównanie użyteczności całkowitej obu dóbr (gdyż ona jest zdecydowanie wyższa w przypadku wody), lecz porównanie użyteczności krańcowej (rozumianej jako przyrost użyteczności całkowitej, gdy konsumpcja wzrasta o jednostkę, ceteris paribus; po zaspokojeniu pragnienia użyteczność przyrasta o wiele szybciej w przypadku konsumpcji kolejnych jednostek diamentów niż w przypadku wody) oraz obfitości występowania wody.

Występowanie minerałów na danym terytorium często nie przekłada się na dobrobyt jego mieszkańców. Przykładem może być Demokratyczna Republika Konga nazywana tablicą Mendelejewa z uwagi na występowanie w tym kraju praktycznie wszystkich pierwiastków. Do cenniejszych złóż należą złoto, diamenty, miedź i koltan. Ten ostatni jest niezbędny do produkcji mikroprocesorów, telefonów komórkowych i laptopów. 80% światowych złóż koltanu znajduje się w Kongu. Kongo jest tymczasem jednym z najbiedniejszych krajów świata. Targają nim konflikty zbrojne (szczególnie w prowincji Północne Kivu na wschodzie kraju), nad którymi zupełnie nie panują władze w stolicy kraju Kinszasie. Z kolei uboga w surowce Japonia jest jedną z czołowych gospodarek świata.

Dlaczego nie wszystkie kraje wykorzystują zasoby surowcowe? Jednym ze sposobów wyjaśnienia tego zjawiska jest hipoteza klątwy surowcowej. Wedle niej gospodarka oparta na eksploatacji zasobów naturalnych rozwija się wolniej, a system polityczny w takim państwie jest niestabilny. Problemem jest często powszechna korupcja, słabe społeczeństwo obywatelskie. Rządy takich państw nie mają bodźców, aby usprawniać ich działalność, zwiększać transparentność reżimu i aktywizować obywateli. Ich głównym celem pozostaje utrzymanie kontroli nad surowcami zapewniającymi łatwy pieniądz, którym zainteresowana jest także opozycja. Wzmaga to konflikty wewnętrzne. Spotkać można również taką prawidłowość, że mieszkańcy krajów pozbawionych surowców zmuszeni byli do kreatywności i stopniowo powiększali swoje bogactwo. Z kolei obywatele krajów obfitych w minerały byli pozbawieni takich bodźców. Elementem klątwy surowcowej jest tzw. choroba holenderska. Polega ona na tym, że na skutek odkrycia nowych złóż do kraju napływają waluty obce. Następuje aprecjacja waluty krajowej względem walut zagranicznych. Ma to zabójczy wręcz wpływ na eksport w pozostałych działach gospodarki, a tym samym na produkcję i stopę bezrobocia. Kraje coraz bardziej uzależniają się od cen światowych surowców. Stają się wrażliwe na wahania ich cen. Ponadto, zwolennicy tej hipotezy dowodzą, że państwa takie nie doceniają wartości edukacji w długim okresie, a rozwój przemysłu wydobywczego wiąże się z dewastacją środowiska naturalnego.
Lusaka to miasto olbrzymich dysproporcji. Nieopodal hoteli, banków i hipermarketów znajduje się Misisi - dzielnica slamsów bez dostępu do bieżącej wody i prądu, uważana za jedną z pięciu najgorszych w Afryce Subsaharyjskiej
Inne przykłady afrykańskich państw zasobnych w surowce to m.in. Zambia, Angola, Gwinea Równikowa, Sudan Południowy, Ghana, Mozambik czy Tanzania. Wszystkie one muszą borykać się z zagrożeniem „klątwy surowcowej”. W 2006 r. ogłoszono oficjalnie odkrycie ropy naftowej w Ugandzie. Kraj ten zajmuje obecnie trzecie miejsce w Afryce Subsaharyjskiej pod względem wielkości udowodnionych złóż tego surowca (po Nigerii i Angoli, a przed Sudanem Południowym i Gabonem). Wydobycie ropy planowane jest na 2018 r. i stopniowo będzie rosnąć. Rząd ugandyjski wynegocjował jedne z najlepszych w Afryce warunki kontraktów z korporacjami naftowymi, wedle których 80 proc. zysku ze sprzedaży ropy trafi do budżetu państwa. Może to oznaczać, iż surowiec ten będzie zapewniał blisko jedną trzecią dochodów budżetowych. Jeśli sprawdzą się prognozy i w początkowym okresie sektor naftowy w Ugandzie będzie stanowił 7 proc. PKB, należy się liczyć ze wzrostem popytu na ugandyjski szyling, który w związku z tym będzie się umacniał względem dolara, a to spowoduje mniejszą opłacalność eksportu w innych gałęziach przemysłu [1].

W latach 2009-2012 miałem okazję realizować wespół z kolegami z Uniwersytetu Wrocławskiego (D. Kopińskim i A. Polusem) grant MNiSW, którego celem było przetestowanie hipotezy klątwy surowcowej na przykładzie Botswany i Zambii. Wyniki badań pokazały, że otoczenie polityczno-instytucjonalne, ekonomiczne, historyczne, geograficzno-fizyczne, społeczno-kulturowe i międzynarodowe ma o wiele większe znaczenie dla rozwoju gospodarczego obu krajów niż sam fakt występowania na ich terytorium, odpowiednio: diamentów i miedzi. Potwierdziły to rozmowy z ekspertami, politykami, przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego, przedsiębiorcami, a nawet ze zwykłymi ludźmi. Dla mnie osobiście największym zaskoczeniem tych badań była odpowiedź na jedno z pytań, udzielona przez większość przeankietowanych zambijskich respondentów. Pytanie brzmiało: „Czy uważasz, że surowce naturalne są przekleństwem, czy błogosławieństwem dla Afrykańczyków?” Spodziewałem się odpowiedzi „Zdecydowanie przekleństwem” i „Raczej przekleństwem” z uwagi na sytuację w ich własnym kraju – powszechność korupcji oraz transfer znacznej części zysków z wydobycia miedzi za granicę. Tymczasem 77,3% osób było zdania, że minerały są błogosławieństwem (z czego 84,6% podało odpowiedź „Zdecydowanie błogosławieństwem”). Pytani o uzasadnienie takiej opinii, podawali m.in. takie argumenty:

  • „To zależy od nas samych, jak naprawdę żyjemy”;
  • „To ludzie mają problemy, a nie surowce. To problem podziału. Dlatego nawet dla takich krajów minerały są błogosławieństwem”;
  • „Nie mogę winić Boga za ulokowanie miedzi w Zambii – jest ona zdecydowanie błogosławieństwem”;
  • „Robimy zły użytek z tego błogosławieństwa”.

Rzeczywiście, intuicje zwykłych Zambijczyków są słuszne. Na to, jak obecność miedzi i diamentów wpływa na rozwój Zambii i Botswany, wpływ mają takie czynniki, jak: moment odkrycia złóż (w Zambii – przed uzyskaniem niepodległości, w Botswanie – po); łatwość wydobycia; etyka pracy, funkcjonowanie instytucji politycznych i gospodarczych; trudności z dywersyfikacją gospodarki; relacje między rządem, biznesem i organizacjami pozarządowymi.
Przetłumaczona w 2014 r. książka Darona Acemoglu i Jamesa A. Robinsona pt. „Dlaczego narody przegrywają” uznaje jakość instytucji politycznych i gospodarczych za kluczowy czynnik prowadzący do pomyślności. Instytucje gospodarcze dostarczają bodźców do kształcenia się, inwestowania, oszczędzania, wprowadzania innowacji i stosowania nowych technik. Sprawne działanie instytucji gospodarczych zapewniają z kolei włączające (inkluzywne) instytucje polityczne zapewniające, że władza działa w interesie obywateli. Tymczasem w wielu krajach afrykańskich instytucje mają charakter wyzyskujący, a nie włączający.

Bardziej szczegółowe wyniki badań nad przemysłem wydobywczym w obu krajach afrykańskich można znaleźć w książce: K. Czernichowski, D. Kopiński, A. Polus, Klątwa surowcowa w Afryce? Przypadek Zambii i Botswany, CeDeWu, Warszawa 2012.

Nchanga Open Pit - druga największa na świecie kopalnia odkrywkowa, Copperbelt, Zambia
[1] W. Tycholiz, A. Polus, Perspektywy wystąpienia zjawiska klątwy surowcowej w Ugandzie – aspekty ekonomiczne, w: „PCSA Working Papers Series No. 16”, październik 2015, ss. 5-10.

1 grudnia 2015